Nowe nogi strażaka Sławka

09-11-2011, 16:20 | Agnieszka


W marcu w drodze na akcję ratunkową Pan Sławek stracił obie nogi.  Od wypadku minęło prawie 8 miesięcy. Przez ten czas życie rodziny całkowicie wywrócone do góry nogami wraca do normy. Dzięki ogromnego wsparciu kilkuset osób, Strażak ma nowe nogi. I marzy o tym, by wrócić do pracy w swojej Jednostce SP.

 

Dlaczego został Pan strażakiem?

Żona  mnie namówiła. Byliśmy świeżo po ślubie. – Państwowa posada, pewna praca, pensja na czas – powtarzała. Nie ukrywam, że miałem wątpliwości. Skończyłem technikum mechaniczne, ale nie pracowałem w zawodzie – byłem wtedy kierowcą w dużej firmie. Nie wiedziałem, czy w Straży się odnajdę. Zaryzykowałem. Przeszedłem  testy, przyjęli mnie na kurs podstawowy. Na kursie ćwiczenia sprawnościowe, ratownictwo medyczne, zajęcia taktyczne. Zaczęło mi się podobać. Potem zrobiłem jeszcze kurs podoficerski – po nim dostałem awans sekcyjnego (odpowiednik kaprala w wojsku).

Od ilu lat pracuje Pan w Straży Pożarnej?

W straży pożarnej pracowałem od 2002 roku.

Gdyby nie był Pan strażakiem, to kim by Pan był?

Pewnie kierowcą. Gdy byłem małym chłopcem nie marzyłem o tym, by w przyszłości zostać strażakiem czy policjantem. Fascynacja pojawiła się dopiero, gdy zacząłem pracować w Straży. Cieszę się, że tu trafiłem.

Czego uczy służba drugiemu człowiekowi w niebezpieczeństwie, z ogromną odpowiedzialnością za siebie i kolegów?

Odporności, to na pewno. Większej wytrzymałości, dlatego też po wypadku nie załamałem się i łatwiej było mi się pogodzić z tym, co się stało. Praca w Straży nie tylko uczy. Trzeba być przygotowanym na to, że na co dzień widzi się dużo cierpień, ludzkich tragedii.

Jak wyglądało Pana życie zaraz po wypadku?

Nie ukrywam, że pierwsze tygodnie po przebudzeniu się ze śpiączki to był koszmar. Powtarzałem sobie, że tak widocznie miało być. Pani psycholog powiedziała mi, żebym nie krył żalu,  że jak będę chciał płakać, to mam płakać. Potem sobie wszystko sam poukładałem w głowie. Powiedziałem sobie, że mam żonę, dzieci. Że nie ma co głowę w poduszkę chować i płakać, tylko trzeba jakoś z tym żyć. Tłumaczyłem sobie: Wypadki chodzą po ludziach, to i mnie się przytrafiło.

Żona powiedziała mi potem, że kiedy po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu obudziłem się w końcu ze śpiączki, byłem strasznie nerwowy. Chciałem wyrwać kable, którymi podłączyli mnie do aparatury. Płakałem, że jestem kaleką, że nie mam  już po co żyć.

Pierwszych trzech dni po wybudzeniu  nie pamiętam, byłem pod wpływem silnych leków. Długo jeszcze po tym nie mogłem mówić, ponieważ lekarze musieli mi zrobić tracheotomię, żeby ratować płuca. Porozumiewałem się za pomocą kartki. Pisałem żonie pytania, a ona mi odpowiadała. Pierwsze, o co zapytałem: Co z kolegami, co powiedział dowódca i co z jelczem?

O to, czy mam nogi, nie spytałem. Wiedziałem, że je amputowali.

Ile czasu spędził Pan w szpitalu?

W szpitalu spędziłem najdłuższe trzy miesiące mojego życia. Od 17 marca do 2 czerwca 2011r.

Czy chociaż raz ogarnęło Pana zwątpienie, że będzie Pan chodził?

Nigdy nie zwątpiłem w to, że będę chodził. Przypomniałem sobie szczudła. Będąc małym chłopcem, zrobiłem sobie szczudła. Dobrze mi szło poruszanie się na nich, więc dlaczego w protezach miałoby być inaczej? – tak sobie powtarzałem.

Jak wyglądały przygotowania do założenia protez?

W szpitalu rehabilitant przychodził na godzinę każdego dnia. Po powrocie do domu ćwiczyłem dwa razy więcej, by wzmocnić i rozciągnąć mięśnie. I tak przez 2 miesiące. Nigdy w pracy nie siedziałem przy biurku, więc mięśnie po wypadku tak szybko nie osłabły.

Jakie było Pana pierwsze odczucie po założeniu protez?

Pierwsze kroki w protezach zrobiłem pod koniec czerwca. Cały czas myślałem, żeby się nie przewrócić. Tak jest zresztą do tej pory. Dwa razy potknąłem się o jakiś kabel. Szybko nauczyłem się samodzielnie chodzić – zakładam protezy rano i zdejmuję dopiero wieczorem. Staram się cały czas poruszać, ponieważ o wiele gorzej stoi się w miejscu niż chodzi. Z wózka i kul nie korzystam w ogóle. Kiedy się zmęczę, po prostu odpoczywam chwilę.

Jak protezy zmieniły Pana życie?

Mogę chodzić, zawieźć dzieci do szkoły. Musiałem tylko zamienić stary samochód na taki z automatyczną skrzynią biegów. Z wielu rzeczy musiałem zrezygnować – np. na rowerze sobie nie pojeżdżę. I ze wszystkiego, co wymaga zginania kolana. Jestem jednak dobrej myśli, słyszałem o człowieku, który w protezach chodzi po drabinie :)

Pomoc płynęła z serc wielu ludzi – znajomych i zupełnie obcych. Czy poznał Pan ludzi, którzy Panu pomagali?

O wszystkich akcjach dowiedziałem się dopiero, gdy się wybudziłem. Osobiście poznałem jedną Panią z Warszawy, która dużo mi pomogła. Do tej pory pozostajemy w kontakcie. Wiele osób dzwoniło bezpośrednio do mnie lub do Jednostki w Kątach Wrocławskich.

Czy wróci Pan do pracy w Straży Pożarnej?

Komendant obiecał mi, że wrócę do pracy. Mają mi znaleźć jakieś stanowisko. Mam nadzieję, że się uda i znów założę strażacki mundur. Może będę dyspozytorem?  Trochę się boje, jak wytrzymam siedzenie za biurkiem. Zanim wrócę do pracy, muszę nabrać większej sprawności. Czekają mnie dwa turnusy rehabilitacyjne. Myślę, że w połowie przyszłego roku jest szansa, że będę gotowy wrócić do Straży.

Oceń ten post:
minusplus
(ocena: +2, głosów: 2)
Loading ... Loading ...

Tagi: , , ,

(5) Komentarzy

  1. Agnieszka says:

    Panie Sławku wszyscy trzymamy kciuki za to, aby Pana życie ułożyło się jak najlepiej :) Pozytywne nastawienie jest wszystkim :)

  2. Leszek says:

    Tak trzymać!

  3. Tadeusz says:

    Tak trzëmac!!!

  4. Elżbieta says:

    Pozdrowienia gorące dla Was Kochani! Trzymajcie się nadal tak dzielnie, jak dotychczas :) :*

  5. Rafał says:

    witaj JRG ostrów maz-przekazalismy 1%–podatku dla ciebie zachecamy innych kolegów
    siemka

Skomentuj