Obchodzę Polskę

19-07-2010, 18:18 | Agnieszka

Marek Chorąży niczym pielgrzym wędruje wzdłuż granic Polski, a jego misją nie jest kolekcjonowanie pięknych krajobrazów na klatkach aparatu, lecz zaniesienie do każdego zakątka kraju informacji o nieuleczalnej chorobie, jaką jest stwardnienie rozsiane (SM). Wyruszył w maju tego roku, do przejścia miał prawie 4 tyś. km. Planuje obejść Polskę w 180 dni, aby o 180 stopni zmienić (nie)wiedzę o SM. Ucięliśmy sobie pogawędkę z Markiem dokładnie w połowie trasy, w Lelkowie przy granicy polsko-rosyjskiej.

Zachodzące słońce zabierało ze sobą kolejny upalny dzień – Marek mówi, że na trasie upały nie są takie straszne. Tylko wyruszać trzeba trochę wcześniej (ok. 6:00-7:00 rano), żeby zdążyć przed skwarem. Kroku dotrzymuje mu Konrad Strycharski, którego nawet ciepła posada nie zatrzymała przed wyprawą. Nawet w upał trzymają normę 40-45 km dziennie, mimo że słońce bywa niemiłosierne. Złapaliśmy ich u gospodarza, po orzeźwiającej kąpieli w lodowatej wodzie ze studni.

Od dawna chciałeś zwiedzić Polskę. Nie jesteś jednak chory na stwardnienie rozsiane, więc dlaczego akurat ta choroba „towarzyszy” Ci w wędrówce naokoło kraju?

Pochodzę z rodziny lekarskiej. Kiedy ciotce Agacie postawili diagnozę: stwardnienie rozsiane, dużo zaczęło się w moim domu mówić o chorobie. Obserwowałem na co dzień, jak choroba postępuje i utrudnia ciotce życie. A ona cały czas walczyła, mimo, że najzwyklejsze czynności, takie jak posmarowanie chleba masłem, czy nalanie herbaty sprawiały jej trudność. Miałem wtedy jakieś 15 lat. Rok temu na wyprawie poznałem dziewczynę, która, jak się później okazało, też miała SM. Od razu nie zauważyłem, żeby była chora. Gdy przebywasz z chorą osobą, uczestniczysz w jej chorobie – widziałem, jak jej ciało reagowało na zastrzyk z lekarstwem, jak się po nim czuła.

Czyli miałeś do czynienia ze stwardnieniem rozsianym przed wyprawą. Opowiadasz ludziom o SM, spotykasz się z chorymi. Czy przez ten czas zacząłeś inaczej postrzegać tę chorobę?

Ciekawe pytanie, nikt mnie wcześniej o to nie spytał. Kiedy idę, wielokrotnie myślę o tym, jak się zmienia moje podejście do SM. Po drodze spotykam się z chorymi osobami, dzięki czemu mam większy bagaż doświadczeń, chociaż jestem zdrowy. Opisują swoje życie z chorobą – wielu z nich pochodzi z rodzin rolniczych, ze względu na SM nie mogą pomagać w gospodarstwie. Pamiętam chłopaka, który wyczekiwał środy, bo właśnie w środę odbywały się spotkania chorych na SM. Na Zachodzie ich życie wyglądałoby zupełnie inaczej – mieliby dostęp do leków, nie musieliby się martwić, czy zakwalifikują się do programu leczenia, a nawet, jeśli im się poszczęści, co zrobić, gdy po 3 latach program się skończy? Mogliby też normalnie pracować. Spotykam wspaniałych ludzi, którzy mają mnóstwo energii, by coś robić. I robią – jako wolontariusze. I mimo tego, że w Polsce mają trudniej, nie poddają się.

Jak długo kiełkowała myśl o wyprawie?

Pamiętam nawet moment, w którym zrodziła się w mojej głowie. Mieszkałem wtedy w Paryżu. Pewnego ranka, gdy moja dziewczyna myła naczynia, stanęły mi przed oczami dwa obrazy – ona, zdrowa i moja chora ciotka. I wtedy postanowiłem, że obejdę Polskę. Na Zachodzie takie akcje są bardzo popularne. Zwłaszcza ludzie, którzy uprawiają sporty, chętnie łączą swoje pasje z pomaganiem. Czuję się w Polsce trochę jak na terra incognita. Ale i tu zaczyna się coś zmieniać w dobrym kierunku.


Wyruszyłeś wiosną, dotrzesz do punku wyjścia jesienią. Trzy pory roku pod namiotem, a całe fundusze mieszczą się w kieszeni. Chyba nie tak łatwo się do tego przygotować?

Podróżuję od wielu lat, więc plecak stał w domu spakowany. Musiałem go tylko włożyć na plecy. Zahartowałem się podczas wcześniejszych wypraw – jazda autostopem, z kilkoma złotymi w kieszeni. Myślę, że Droga św. Jakuba była dla mnie ostatecznym przygotowaniem.


Jak zareagowali Twoi bliscy na ten pomysł?

Szczerze mówiąc, na początku entuzjazm był niewielki. Nawet moja ciotka nie do końca widziała sens w tej wyprawie. Nie mówiąc już o mojej mamie, która była bardzo sceptycznie nastawiona. Teraz już inaczej na to patrzy, a ja inaczej z nią rozmawiam, ponieważ wiem więcej o SM.

Poznajecie wiele osób – o co najczęściej pytają?

Nie wszyscy pierwsi pytają. Najczęściej to my zagadujemy, widząc pytania w oczach. Część nie wierzy, że obchodzimy Polskę – w głowie im się to nie mieści. Wielu bierze nas za autostopowiczów, jeden pan nazwał nas domokrążcami. Zwłaszcza na wsiach jest bardzo mała wiedza na temat SM, a ludzie, którzy chorują, często wstydzą się do tego przyznać. Jeden pan przekonywał nas, że jego znajoma, co prawda, chorowała na SM, ale już z tego wyszła…

Wraz z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego zachęcacie do przyłączenia się do Was na szlaku. Czy dużo osób korzysta z zaproszenia?

Do tej pory niewielu. Ostatnio trzy dziewczyny się do nas przyłączyły, a nad morzem przez tydzień będą nam towarzyszyli dwaj Australijczycy, którzy nigdy wcześniej nie byli w Polsce i przylatują specjalnie po to, by z nami iść. Doszły mnie też słuchy, że z Gdańska będzie z nami szła grupa Nordic Walking.

Marek i Konrad, Konrad i Marek, krok w krok przez 24h na dobę. Nie jest chwilami nudno?

Spięcia, oczywiście, się zdarzają. Niektórym może to wydać się dziwne, ale podczas marszu prawie nie rozmawiamy ze sobą. Chodzenie to swego rodzaju medytacja – ciało jest dotlenione, nogi utrzymują określony rytm. Po głowie krąży mnóstwo myśli, a każdy z nas jest zatopiony w swoich.

Do spania wystarczy Wam kawałek trawy, zadowolicie się kromką chleba i kubkiem mleka. Chętnie ludzie przyjmują Was pod swój dach?

Każdy z gospodarzy, których poznaliśmy, miał serce na dłoni. I ta polska gościnność! Wychowałem się na swojskim mleku, miodzie z prawdziwej pasieki, więc dla mnie każdy domowy poczęstunek jest rajem. Poza tym, to są wspaniali, mądrzy ludzie. Myślę, że tak naprawdę oni są od nas bogatsi – mają spokój, więcej czasu dla siebie i zdrowe jedzenie, którego w mieście, nie dość, że ze świeczką trzeba szukać, to jeszcze słono zapłacić. A dzięki ich wieczornym opowieściom jestem ekspertem z teorii farmerstwa!

Na co narzekacie w drodze, o ile w ogóle narzekacie?

Nie narzekamy. Wiadomo, że czasem coś poboli, zedrze się skóra. Ale to jest naturalne przy dłuższych wyprawach.

A za czymś tęsknicie?

Zawsze jest coś za coś – kiedy słońce grzeje w głowę, myślę sobie, że mogłem siedzieć w cieniu i pić zimne piwo. Ale za 15 minut tych myśli już nie ma. Tęsknota to jednak za duże słowo – czasem po prostu by się coś chciało.

Ponad pół roku nie będziecie na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie. Nie czujesz, że coś Was omija?

To może być trudne do wyobrażenia, ale teraz czas inaczej u nas leci. Jedyne, co nas ominęło, to wybory prezydenckie. Nie tęsknimy za telewizją, za natłokiem informacji. Chociaż zdarza się nam obejrzeć wieczorne wiadomości u gospodarza – wyglądamy wtedy zapewne jak ludzie z lasu wpatrzeni w ekran. I wcale nie dlatego, że jesteśmy tak zainteresowani, wręcz przeciwnie – jesteśmy przerażeni. W ciągu kilku minut dowiadujemy się o tylu wypadkach, chorobach, teoriach spiskowych, itp.

Jesteście już na półmetku, a cel coraz bliżej. Jaka będzie pierwsza rzecz po powrocie do Katowic?

Obiad u babci. A później na pewno dużo odwiedzin, w tym u mojej ciotki Agaty.

A potem kilka miesięcy odpoczynku?

A skądże! Już mam kolejne pomysły na tego typu akcje – może południowa Europa? Największą siłą napędową jest marzenie, by odkrywać nowe lądy. A przy okazji można zrobić coś dobrego.

Można Cię nazwać bohaterem?

Bohaterem? Już szybciej wariatem ;)

Oby więcej takich wariatów było w Polsce! A dla wielu będą oni bohaterami.


Chcesz obejść chociaż kawałek Polski z Markiem? Na stronie PTSR można na bieżąco śledzić trasę wędrówki. A jeśli obchodzą Cię ludzie ze stwardnieniem rozsianym, wesprzyj zbiórkę Marka.

Oceń ten post:
minusplus
Brak ocen
Loading ... Loading ...

Tagi: , , , ,

(1) Komentarz

  1. Iwona says:

    Marku jesteś wielkim człowiekiem:)
    Naprawde to co robisz jest wspaniałe,wiem że jest ważny taki czyn dla tych ludzi mam 14 letniego syna chorego na SM I wiemy jak ciężko zdobyć pieniądze na leczenie i rehabilitacje, tak jak w naszym przypadku leczenie nie jest refundowane przez NFZ ponieważ syn nie ma 16 lat.Naprawde jesteś wielkim człowiekiem:)

Skomentuj